Strzeż się Demona Maxwella !!!

       
 Szpital był jak każdy inny, powiatowy, nie duży, małomiasteczkowy. Na oddziale urazowo ortopedycznym leżał 
Wojtek, mój przyjaciel, który uległ wypadkowi w niewyjaśnionych okolicznościach. Postanowiłem właśnie pojechać do 
niego, odwiedzić go w szpitalu i dzięki temu oderwać się od problemów w pracy. Mimo, że zaczynał się ostatni tydzień 
października, pogoda nadrabiała letnie zaległości i słońce, choć jesienne, grzało dość mocno. Szpital położony był w parku, 
pod nogami szeleściły jesienne liście. Byłem bardzo zadowolony z tego, że udało mi się wyrwać wreszcie z domu a i Wojtka 
ostatnio widywałem mało. Mieliśmy wiele do pogadania.Wojtek jest współwłaścicielem firmy handlowej. W związku z 
wykonywanymi tam obowiązkami jeździ po całym kraju załatwiając interesy firmy. Znamy się jeszcze ze szkoły 
podstawowej, później spotkaliśmy się dopiero na studiach. Chłopak z umysłem ścisłym i romantyczną duszą, nigdzie nie 
mógł zagrzać miejsca na dłużej i praca wymagająca ciągłych podróży była dla niego wymarzonym zajęciem.Leżał na małej 
salce, całą twarz miał w bandażach. 
- Cześć Wojtek! Wyglądasz jak mumia, co ci się właściwie stało?   spytałem.
-  Cześć! a to niespodzianka  -  odpowiedziała kukła poowijana w bandaże - wyobraź sobie, wypadła na mnie szyba 
wystawowa z jednego sklepiku i tak mnie urządziła. 
-  Z dużej wysokości? -  spytałem zaniepokojony.
-  Nie, i to jest dziwne, bo wystawa sklepowa była na małej wysokości i upadająca szyba nie powinna dosięgnąć mojej 
głowy. Ale ostatnio tyle się wydarzyło, że już niczemu się nie dziwię.
- Opowiedz, nic z tego nie rozumiem.
- To długa historia 
- Mamy czas. 
-  Dobrze, usiądź wygodnie i posłuchaj. Podczas jednej z moich podróży jechałem pociągiem. W pociągach ludziom się 
nudzi i czasem opowiadają rzeczy, o których nigdy nikomu by nie opowiedzieli w innych okolicznościach. Chyba dlatego, że
 żyjemy w takim tempie, że nawet nie mamy czasu na rozmowy, każdy się śpieszy i ludzie przestają ze sobą rozmawiać bo 
nawet nie ma kto słuchać. W podróży jest inaczej, szczególnie w pociągu, mniejszy hałas, więcej przestrzeni, wygoda i dużo
 czasu. Jechała ze mną w przedziale pewna nauczycielka. Nalewała do kubka kawę z termosu i w pewnym momencie kawa 
zaczęła się gotować, wrzała tak gwałtownie, że wylała się z kubka i poparzyła jej rękę. Zjawisko niesamowite, ale możliwe. 
Pani ta uczy fizyki w szkole średniej w jednym miasteczku w Polsce centralnej i zapewniła mnie, że zjawisko to jest bardzo 
rzadkie, ale możliwe.
-  Kawa w kubeczku? zagotowała się? z twoją głową wszystko ok?   spytałem.
-  Posłuchaj i nie przerywaj, albo nie zawracaj głowy -  obruszył się Wojtek.
-  No dobrze, mów dalej -  powiedziałem.
- Pani Magda opowiedziała mi ciekawe zdarzenie, w jakim brała udział. Kilka tygodni temu miała jakieś załatwienie służbowe 
aż w Krakowie. Sprawy przeciągały się i dopiero po południu mogła wracać do domu. Poczuła silny głód i przypomniała 
sobie, że od rana nic nie jadła. Po wykupieniu biletu powrotnego z resztką pieniędzy poszła do punktu gastronomicznego. 
Tam w sposób nachalny obskoczyli ją żebracy. Poszła do innego baru szybkiej obsługi i tam dopiero mogła śmiało coś zjeść.
 W trakcie jedzenia dosiadł się do niej pewien mężczyzna. Wysoki, zdrowy wyglądający na robotnika budowlanego. 
Poprosił ją by podzieliła się z nim swoją porcją. Oddała mu ją, bo nie mogła wspomóc go inaczej. Nie umiała powiedzieć 
dlaczego, ale zaintrygował ją. Wysłuchała jego historii. Mężczyzna ten z zawodu był zdunem. Zwiadczył usługi i dobrze mu 
się wiodło do czasu aż wokół niego zaczęły dziać się rzeczy, co najmniej dziwne. Wszystko zaczęło się od tego, jak 
pewnego razu będąc w gronie kolegów, podczas zakrapianego spotkania eksplodowała szklanka, z której dopiero, co wypił 
wodę gazowaną. Huk był potężny, kawałek szklanego odprysku lekko zranił go w twarz. Obecni przy stole w żartach niby 
uznali to za zły omen i szybko się rozeszli. Od tego czasu wszystko szło nie tak. Pękały kafle i cegły szamotowe, psuły się 
narzędzia, spadały dochody, w końcu porzuciła go żona i wkrótce znalazł się na ulicy. Jeśli dotychczas uchodził za  złotą 
rączkę  teraz psuł wszystko, czego by tylko wziął do ręki. Próbował swoje troski utopić w alkoholu, ale jakoś dziwnie 
trudno mu było znaleźć towarzystwo a poza tym niejednokrotnie zdarzało mu się, że wokół niego pękały szklane naczynia. 
Z nikim na ten temat wcześniej nie rozmawiał, bo obawiał się, że uznają go za wariata albo dziwaka. Dopiero teraz pod 
wpływem chwilowego impulsu wyrzucił z siebie całe swoje życiowe rozczarowanie nie dlatego, żeby się nad nim litować, 
lecz z samej potrzeby mówienia do innego człowieka, człowieka, który gotów będzie tylko posłuchać. Pani Magda nie dość, 
że wysłuchała, to jeszcze udzieliła mu wyjaśnień, że tego typu zjawisko pęknięcia szkła, albo samoistnego zagotowania się 
wody w szklance, albo podskoczenie na przykład cegły jest rzeczą zupełnie naturalną, choć trudną do zaobserwowania w 
przyrodzie i jest zjawiskiem niezwykle rzadkim. Zjawisko to opisał w XIX w szkocki fizyk James Clerk Maxwell. Dodała 
jeszcze, że jest ono związane z ruchami Browna. Swobodne cząsteczki powietrza zderzają się ze sobą w sposób chaotyczny 
i tak przekazują sobie wzajemnie swoją energię. Jest bardzo mało prawdopodobne, ale nie wykluczone, że w jednym punkcie
 przestrzeni zderzy się bardzo duża ilość tych cząstek. Jeśli ten punkt przypadkowo jest wewnątrz szkła, to szkło rozsypie 
się w drobny mak. Jeśli taka energia pojawi się w szklance z wodą, to woda może się nawet zagotować. Ponieważ zjawisko 
to jest bardzo niesamowite, chyba przez przekorę i na pamiątkę słynnego fizyka, który jako pierwszy je opisał, nazwano je 
zjawiskiem Demona Maxwella. Wszystkie inne nieszczęścia, które dotknęły owego nieszczęsnego zduna, mogły być 
skutkiem wiary, że dotknął go zły omen. Były więc sprawą jego psychiki. 
-  Całkiem słusznie -  zauważyłem -  całkiem miła nauczycielka ta pani jak jej tam?
-  Magda 
-  tak Magda,  ciekawe, że akurat trafił na kobietę fizyka i w dodatku dobrego psychologa, która go nakarmiła, wysłuchała i 
pocieszyła. Swoją drogą tyle jeszcze wokół nas jest niewyjaśnionych zjawisk. Na przykład piorun kulisty, nawet gdyby udało
 się uzyskać go sztucznie w laboratorium to, z czym go porównać, żeby mieć pewność, że to jest właśnie to?
     Spojrzałem na Wojtka, ale on popatrzył na mnie ze złością jak nigdy dotąd nie patrzył. Zdałem sobie sprawę z tego, że to 
on z reguły słuchał a ja opowiadałem podobne brednie. Brednie? W każdym razie teraz ja powinienem go wysłuchać i nie 
przerywać.
-  Znudziłem cię? -  spytał.
-  Nie, mów dalej, przepraszam, już nie będę.
- Pani Magda pożegnała się z owym zdunem i postanowiła, ze następnym razem, jeśli go spotka, będzie przygotowana na to 
by dać mu parę złotych, żeby mógł się posilić, kupić sobie papierosy. Ów zdun na pożegnanie zawołał  Strzeż się! Strzeż się 
demona Maxwella!  Nigdy więcej go nie spotkała pomimo, że w Krakowie bywała jeszcze potem kilka razy i specjalnie 
 rozglądała się za nim w okolicach dworca. Początkowo nawet czuła pewną zawiść, że on, osoba nie zainteresowana fizyką,
 doświadczył osobiście zjawisk, których jej poskąpiono. Czuła przy tym niedosyt z powodu, że po studiach nie zdecydowała
 się na pozostanie na uczelni w charakterze pracownika naukowego. Proponowano jej to przecież.Pewnego dnia pękła jej w 
rękach szklanka, podczas mycia naczyń.   Szczęście  się do mnie uśmiechnęło?   pomyślała z uśmiechem, ale zaraz potem 
stwierdziła, że to nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Każdemu się zdarza  stłukło się, bo było szklane. Od tego dnia 
jednak co jakiś czas coś się działo. To pękło lustro, to spadła doniczka z okna, wreszcie kawa zagotowała się samoistnie w 
kubeczku. 
     Tu Wojtek przerwał swoje opowiadanie spojrzał na mnie i powiedział:
- Pani Magda nie krzyknęła nawet, nie skarżyła się na ból, popatrzyła mi w oczy i powiedziała:
- Strzeż się, strzeż się Demona Maxwella.
- Ty też się strzeż!
Dreszcz przeleciał mi po plecach. A Wojtek kontynuował swoją opowieść. 
    Opowiedział mi, że jego współpasażerka wysiadła na jakiejś tam stacji i więcej jej nie widział. On pojechał dalej, 
przyjechał tu i uległ wypadkowi, chociaż nie powinien. Dalej rozmowa nie kleiła się. W końcu pożegnałem się i udałem się 
do samochodu. Pojechałem do centrum i wszedłem do pierwszej napotkanej restauracji. Usiadłem przy wolnym stoliku. 
Chwilę później kelner oparzył mnie zupą. Przepraszał, był równie zaskoczony jak ja. Wysłałem go do wszystkich diabłów i 
głodny postanowiłem wracać do domu. Po drodze usłyszałem huk. Mój samochód uderzył w przydrożną barierę, odbił się, 
nie mogłem nad nim zapanować to przednia prawa opona, przemknęło mi przez głowę, wreszcie po kolejnym uderzeniu 
udało mi się jakoś opanować samochód i zatrzymać na poboczu. W chwilę później tuż obok zatrzymał się wóz policji.
- Nic się panu nie stało?
- dziękuję nic - odparłem.
- Może pan wyjść i poruszać się o własnych siłach?
- Tak   odpowiedziałem gramoląc się na zewnątrz.
- Miał pan dużo szczęścia - powiedział policjant - opona panu pękła, a co to za plamy na pańskim ubraniu?
- Kelner mnie tak załatwił - odparłem.
- Pił pan?
- Skądże.
- Więc co się stało? .... 
     To był początek moich kosmicznych kłopotów. Wiele by można jeszcze o nich napisać, ale narzekanie nie leży w mojej 
naturze. Kłopoty miałem, mam i będę miał, bo przypadki chodzą po ludziach. Jedyną radę na przyszłość, jaką mogę dać 
wszystkim czytelnikom to strzeżcie się! Strzeżcie się Demona Maxwella. On JEST naprawdę, nie został wymyślony, jest 
zjawiskiem fizycznym opisanym naukowo! 
Strzeżcie się Demona Maxwella!