Smak mleka

 

Nad moim łóżkiem zobaczyłem nagle pochylone dwie pielęgniarki,

– patrz jaki on śmieszny – powiedziała jedna do drugiej – i jakie ma mądre oczy!

– Wypraszam sobie takie żarty i co u diabła ma znaczyć ta cała maskarada –usiłowałem powiedzieć, ale czy to z powodu osłabienia nic z siebie nie wydusiłem czy też głos mój zagubił się w ogólnym hałasie, faktem jest, że nic nie osiągnąłem. 

– patrz jakie on ma rozumne spojrzenie – powiedziała dziewczyna w pielęgniarskim czepku do swej koleżanki po fachu – chciał nam coś powiedzieć.

– E, co też taki może mieć do powiedzenia – roześmiała się druga i obie odeszły poza pole mojego widzenia.

– Pijany  jak niemowlę – pomyślałem – ale wstyd. Jeśli te obie dziewczyny nie robią mi kawałów, to jestem w szpitalu albo czymś bardzo do niego zbliżonym a wrzaski dzieciaków wskazywały by na to, że to z pewnością nie jest dom studenta.

Kiedy otwierałem oczy nie mogłem się zdecydować czy powinienem natychmiast przerwać błogie leniuchowanie i zerwać się z łóżka, czy też mogę sobie jeszcze poleżeć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że niczego nie mogłem sobie przypomnieć a świat jaki mnie otaczał zdawał się być dziwnie nieprawdziwy. Nie mogłem odróżnić snu od jawy. Zdecydowałem się wreszcie spojrzeć na zegarek i czynność ta nagle okazała się niemożliwą do zrealizowania. Byłem czymś dokładnie skrępowany i nie mogłem się zdobyć na żaden nawet najmniejszy ruch. Durne żarty – pomyślałem – ale  ponieważ pamięć nadal płatała mi nieznośne figle nie wiedziałem do kogo skierować swoje uzasadnione pretensje. Po kilku nieudanych próbach wyswobodzenia się dałem za wygraną i postanowiłem poczekać na dalszy rozwój wypadków.

Pomieszczenie w którym się znajdowałem zaskoczyło mnie swoim wyglądem. Bardzo odbiegało od tego co spodziewałbym się zobaczyć. Wyglądem i zapachem przypominało szpital ale wokół rozlegał się przeraźliwy hałas również trudny do zidentyfikowania. Zupełnie jakby ktoś umyślnie włączył na pełen regulator magnetofon z nagraniem płaczu tysiąca noworodków.

– Pewnie koledzy zrobili mi we śnie jakiś głupi kawał i teraz śmieją się ze mnie – pomyślałem. 

Z braku możliwości ruchu i w skutek dziwnego zmęczenia, niemal otępienia zapadłem w sen.

Dziwni są ci ludzie. Przychodzą, patrzą na mnie, spoglądają na siebie, kiwają głowami i odchodzą. Nic się do nie odzywają, ba do siebie też nic nie mówią, mężczyźni zdejmują  nakrycia głowy, jeśli je oczywiście mają i patrzą, patrzą i wciąż patrzą na mnie jakby nagle okazało się, że mam dwie głowy. Już miałem spytać o co chodzi, gdy nagle jedna z kobiet

powiedziała – szkoda go, taki młody ...

– Nie wiem kogo szkoda  i kto taki młody, – może ja? Owszem lubię kiedy ktoś o mnie wyraża się w taki sposób ale moim jednak zdaniem młodość jest niewątpliwie jakimś atrybutem w życiu więc czego szkoda? Nie wiem teraz; dokładnie w czym.

– Ach uciec stąd – pomyślałem, albo obudzić się! – tak,  kołatała się myśl pod sklepieniem mózgownicy choć jakby też i wychodziła poza nią, ale ja przecież niczego innego nie robiłem. Stwierdziłem to patrząc na siebie trochę jakby odrobinę z boku. Poderwałem się i popłynąłem unosząc się delikatnie gdzieś między podłogą a sufitem a następnie przeniknąłem przez zamknięte drzwi, coś mnie przyblokowało coś przydusiło, chciałem krzyczeć, nie mogłem złapać tchu, duszę się i nagle oślepiło mnie światło...

 

Z drzemki wyrwał mnie hałas codziennego dnia szpitalnej krzątaniny.

Szczególnie męczył. Mnie krzyk kilku tysięcy dzieciaków. Ze jestem w szpitalu nie miałem już żadnej wątpliwości tylko nadal nie mogłem sobie przypomnieć skąd się tu wziąłem i jeszcze te głupie sny... . Swoją drogą musiałem mieć chyba jakiś  wypadek i dlatego jestem teraz całkowicie unieruchomiony – domyśliłem się. Muszę być bardzo osłabiony skoro tak nagle zasypiam – pomyślałem – ale w takich przypadkach w czasie snu człowiek na nowo zwykle przezywa cały przebieg wypadku, zrywa się krzyczy a mój sen był piękny ale dość dziwny. Ciekawe co mi się mogło przydarzyć? myślałem –zawsze najbardziej obawiałem się żeby mój ojciec nagle i niespodziewanie nie został dziadkiem ale tym razem choćby chyba nie o to chodziło. Czyżby był bym tu na skutek brawurowej jazdy na rowerze? Albo może kąpałem się w niedozwolonym miejscu? –usilnie starałem się sobie przypomnieć. Musiało mi się stać coś w głowę –zaniepokoiłem się –bo jak inaczej pamięć mogłaby płatać mi takie figle, i to osłabienie, które zsyła na mnie tak nagle takie dziwaczne sny. Dobrze, że mnie chociaż nic nie boli i znów chce mi się spać. Ziewnąłem szczerze i całkiem bez krępacji, wyciągnąłem się jak długi o ile oczywiście pozwalały mi na to niedogodne warunki i powoli zacząłem zapadać się w błogą nicość.

 

Czuję się zmęczony i ospały a na dodatek swędzi mnie w lewej dziurce nosa, straszny katar i w dodatku taki niesprawiedliwy bo jednostronny. Katar zawsze jest straszny. Na dworze siąpi deszcz a ja zamiast siedzieć w domowych pieleszach idę na to idiotyczne spotkanie z Mariolą. Mariola to moja ostatnia sympatia i to dość długotrwała bo aż ponad pół roku. Moje humory jakoś jej jeszcze nie zniechęciły. Cóż ona sobie wyobraża, że polecę na każde jej zawołanie i to w taką pogodę i na dodatek kiedy mam katar ale cóż, poleciałem ile sił w nogach aby się przekonać co też ważnego ma mi do powiedzenia. Kilka razy już mnie nacięła taką ważną rozmową niby nie na telefon po to tylko by mnie z domu wyciągnąć. Fajne to, nie powiem ale na dłuższą metę może okazać się nudne. Jeśli i tym razem wyskoczy mi z takim numerem to chyba  nie wiem co... . Swąd w nosie przerwał moje rozważania wyciągnąłem chusteczkę by siarczyście w nią dmuchnąć i wtedy nagle jakby w zwolnionym tempie zobaczyłem wymachującą rękami i głośno coś bez składu krzyczącą Mariolę, chciałem i ja pomachać jej ręką ale nie pozwoliła mi na to jakaś dziwna siła, w całym lewym boku poczułem tępy jakby spóźniony po mocnym uderzeniu ból, resztką świadomości widzę biegnących w zwolnionym tempie w moją stronę, wystraszonych ludzi a widok tego wolno jakby unoszącego się nad samą powierzchnią jezdni tłumu przesłaniają mi wbijające się w moją twarz szkła z rozbitego reflektora.

Ach cóż to za niedorzeczny sen – pomyślałem  budząc się z czołem zroszonym od potu. Poczułem głód. Tak, mnie autentycznie chce się jeść. Powinni mi chyba w tym szpitalu poświęcać trochę więcej uwagi, przecież na pewno jestem chory no nie? Nagle do mojego łóżka podeszła  ONA. Ona przez duże O, wspaniała dziewczyna w bieli. Aż mi dech zaparło. Szybko się opanowałem choć uroda jej nadal całkowicie pochłaniała moją uwagę. Miała regularne rysy twarzy oczy kocie, długie rzęsy i figlarne dołeczki w policzkach gdy się uśmiechała a uśmiech miała tak szczery i zalotny, że wydawała się uśmiechać nie tylko ustami i nie tylko twarzą ale całą sobą. Z każdego jej ruchu biła niezwykłą radość. Chyba przypadłem jej do gustu – pomyślałem nie bez dumy – i postanowiłem pierwszy nawiązać rozmowę. Wydałem jakiś nieartykułowany dźwięk a ona roześmiała się na głos, podniosła mnie na ręce i poniosła niewiadomo gdzie. Ze zdziwienia. Całkiem mi mowę odebrało, nie miałem pojęcia czy i jak zaprotestować. Zaniosła mnie do małej salki, na której leżało kilka kobiet o zmęczonych twarzach a pośród nich Mariola też wymęczona ale w oczach jej prócz zmęczenia rozpoznałem radość i to niewątpliwie na mój widok. Co to wszystko ma znaczyć? – chciałem zapytać – co ja tu robię? i co w ogóle się ze mną dzieje? ale nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć Mariola przytuliła mnie do siebie a w ustach poczułem smak mleka z nabrzmiałego sutka. Zakręciło mi się w głowie od strasznej prawdy, którą zrozumiałem nagle całą i ze wszystkimi szczegółami. Chciałem krzyczeć, protestować, ale ten niepowtarzalny, niemożliwy w swej wspaniałości do wyrażenia w słowach, smak mleka działał na mnie tak kojąco, że w końcu gdy już nasyciłem głód, całkiem już uspokojony zapadłem w zdrowy sen ciężko zapracowanego człowieka a we śnie długo jeszcze czułem rozpływający się w ustach smak matczynego mleka.